Atak oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii na miasteczko Mizocz położone w powiecie zdołbunowskim województwa wołyńskiego i walki z oddziałem armii węgierskiej oraz policją, połączony z zamordowaniem ponad 100 Polaków i spaleniem większości zabudowy miejscowości. Atak miał miejsce w nocy z 24 na 25 sierpnia lub 31 sierpnia na 1 września 1943, podczas okupacji niemieckiej. Konsekwencją ataku była ewakuacja ocalałej polskiej ludności cywilnej do Zdołbunowa. Wcześniej:  Dochodziło do zabójstw pojedynczych osób oraz w lipcu 1943 do mordu na 15 osobach pasących bydło. Podczas rzezi wołyńskiej do miasta ściągali polscy uchodźcy z eksterminowanych przez UPA wiosek; na cmentarzu codziennie dochodziło do pochówków przywiezionych zwłok. Od 1943 roku w miasteczku stacjonowała także kompania węgierska, która pomagała Polakom dokarmiając ich oraz przekazując broń. Latem 1943 roku kompania Niemców opuściła Mizocz, zmniejszyła się także załoga węgierska. Węgrzy oraz policjanci stacjonowali w budynkach pałacu hr. Dunina-Karwickiego oraz cukrowni, które znajdowały się w zachodniej części miasteczka. W sierpniu 1943 mizoczanie żyli w oczekiwaniu na atak UPA; tuż przed napadem Ukraińcy wyprowadzili się poza miasteczko. Stanisławę Kowalską przed atakiem ostrzegł Ukrainiec Dawidiuk. Pod koniec sierpnia 1943 (w nocy z 24 na 25 sierpnia bądź z 31 sierpnia na 1 września) krótko po północy dwa kurenie UPA (dubieński i krzemieniecki) zaatakowały Mizocz od strony wschodniej i przystąpiły do eksterminacji Polaków oraz palenia zabudowań. Mordowano głównie za pomocą broni białej (sierpy, siekiery, noże). Walkę z napastnikami podjęli polscy policjanci oraz uzbrojeni cywile, a także kompania węgierska. Walki oraz rzeź ludności trwały całą noc. Liczbę ofiar W. i E. Siemaszkowie oceniają na ponad 100, choć istnieją także wyższe szacunki.  Ofiarami padli w większości uchodźcy z wiosek. Zdaniem Siemaszków istniejący w Mizoczu konspiracyjny pluton AK nie odegrał żadnej roli w obronie Polaków.

Sotnia Maksyma Skorupskiego „Maksa” zdobyła cukrownię, jednak nie zdążyła zabrać cukru, gdyż otrzymała rozkaz odwrotu z powodu pojawienia się w okolicy sił niemieckich.  Zdaniem Siemaszków przyczyną przerwania ataku mogła być odsiecz węgierska ze Zdołbunowa, która rano przybyła do Mizocza.

Na drugi dzień Polacy zebrali zabitych z ulic, pochowali ich w zbiorowej mogile i niemal wszyscy opuścili spalone w 80% miasteczko ewakuując się koleją do Zdołbunowa. Po drodze uchodźcy byli cały czas ostrzeliwani przez Ukraińców, na co uzbrojeni Polacy odpowiadali ogniem. Ci którzy pozostali, z czasem wyjechali na własną rękę. Miejscowość opuścili także Czesi, których UPA dotąd nie atakowała.

Drugi atak UPA na Mizocz nastąpił 3 listopada 1943

 Tyle można znaleźć na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Pierwszy_atak_UPA_na_Mizocz

Natomiast świadek tej masakry, wówczas dziewięcioletni Roman Szpita, w ten sposób opisuje atak UPA na Mizocz, w którym w tym czasie przebywało wiele rodzin uciekinierów z okolicznych wiosek:
Prawdopodobnie pod koniec sierpnia 1943 r., 20/21 w nocy nastąpił atak na miasto, a właściwie na polskie bezbronne rodziny tam mieszkające. Okrążyli miasto i przez całą noc mordowali ludzi. To było piekło. Wchodzili do poszczególnych domów i zarzynali ludzi, masakrowali, rąbali na kawałki. Do uciekających strzelali, natomiast wszystkich, których złapali mordowali w okrutny, sadystyczny sposób - nożami, kosami, siekierami. Małe dzieci zabijali o mury domów i wieszali na płotach. Wyszukiwali chowających się ludzi po różnych zakamarkach. Wiele domów spalili. Rano atak przerwali. Z mojej rodziny zginęło 18 osób, tj.: wujek Maśnicki Jan i jego żona Petronela oraz ich dwanaścioro dzieci, których imion nie pamiętam. Zginął dziadek Józef Błażyjewski i jego żona, nasza babka Balbina. Zginęła ciotka Kucharska Krystyna, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zginęło również kilku Polaków z policji niemieckiej, którzy nas bronili. Z całego miasta ocalało kilka rodzin polskich 4 - 5, nie więcej. Między innymi moja rodzina. Ocaleliśmy chyba dlatego, że schroniliśmy się blisko koszar.
Przez trzy dni byliśmy jeszcze w Mizoczu.[...] Mężczyźni zwozili ciała w jedno miejsce pod cmentarz i tam je pochowano w wielkim dole. Przez trzy dni zbierano ciała z ulic miasta. Mężczyźni, którzy się tym zajmowali, nie mogli uwierzyć, że tyle okrucieństwa, bestialstwa i nienawiści może być w człowieku. Ulice miasta były pełne trupów, głowy często leżały oddzielnie, inne części ciała zmasakrowane. Wszędzie było pełno krwi. Te dni ataku jawią mi się we wspomnieniach jak straszny koszmar.[...]
Mizocz był miastem, w którym mieszkało około 5 tysięcy ludzi. Po likwidacji Żydów część ich domów spalono, ale dużo zostało. Wszystkie domy po Żydach były wypełniane przez uciekinierów z polskich wsi, ponadto we wszystkich domach polskich byli uciekinierzy z wiosek. W niektórych nawet po kilka rodzin. Mizocz był zaludniony bardziej niż przed wojną i wszyscy ci ludzie zginęli. Tylko niewielkiej ilości Polaków udało się wymknąć. Ofiary liczyłbym w tysiącach.

Źródło:   Lucyna Kulińska "Dzieci Kresów II", Kraków 2006, s.78-79. Wyszukał i wstawił : B. Szarwiło